KAZIK LASKOWICZ – rocznik 1956, od 2001 roku członek Okręgu Łódzkiego ZPFP, tak więc to już ponad 13 lat jest z nami. Także członek ŁTF (Łódzkie Towarzystwo Fotograficzne). Matura w Miliczu, studia na UŁ w Łodzi i od tego czasu rozdarty pomiędzy dwoma miejscowościami, ale Stawy Milickie mają o wiele bogatszą ofertę dla foto-przyrodnika, więc zdjęcia właśnie z tamtych rejonów dominują w jego portfolio. Obecnie na stałe mieszka we Wrocławiu, więc tylko patrzeć jak nas zostawi [przyp.red.: już nas zostawił, od lutego 2016 członek OD ZPFP]. Dzięki swojej pracy, jako przedstawiciel handlowy, dużo podróżuje po Europie i świecie, co stara się wykorzystać także pod kątem fotograficznym. Jako posiadacz fotoreporterskiej żyłki uwiecznia wszystkie wydarzenia, w których bierze udział lub jest ich świadkiem, stąd m.in. pokaźne archiwum fotografii Łodzi, Ziemi Milickiej i rosnący katalog Wrocławia. Nie jest mu obcy sportowy tryb życia, rower i bieganie, a wszystkie pasje, włącznie z zainteresowaniami foto-turystycznymi dzieli ze swoją żoną Idalią, co zaowocowało powstaniem: „Galerii Młyńska 5”. W dzisiejszym wywiadzie spytamy Kazika o jego podróże, dowiemy się, co sądzi o myśliwych i jak rozwija się jego nowa galeria.
 
/misia/: Dużo podróżujesz po świecie, głównie służbowo, ale czy znajdujesz czas, żeby podejrzeć, co słychać w odległych miejscach pod względem fotograficznym? Jak daleko udało Ci się dolecieć i jakie zdjęcia przywozisz z takich wyjazdów?
/Kazik Laskowicz/: Zasadniczo sporo ganiam po Europie, do pierwszej setki liczyłem wyjazdy do Włoch [uśmiech]. Kilkakrotnie trafiałem do Nowego Jorku, gdzie fotografowałem „wieże” przed zamachem i potem dwukrotnie to, co tam pozostało. Dzięki wyjazdom służbowym zwiedziłem Toronto i Niagarę. Zawsze mam aparat i staram się tak ustawić, by „urwać się na fotograficzną lewiznę” i coś popstrykać. To wynik fascynacji otaczającym światem i fotografią. Nie mam ulubionych tematów, fotografuję to, co wpadnie w oko i na wizjer. Jako anegdotę opowiem, jak to było w obrotowej restauracji na wieży TV w Toronto. Szykowni goście, szykowna kolacja. Siadamy do stołu, a tu dosłownie w oczach jezioro Ontario pokrywa się mgłą, w końcu z góry widać już tylko czubki kominów i najwyższych wieżowców. Ja szybko zamawiam coś dla siebie, równie szybko rzucam do gospodarzy „forgive my manners” (mniej więcej: proszę wybaczyć mi mój brak wychowania) i w amoku ganiam wokół restauracji, by z każdej strony złapać ostatnie chwile nad Toronto. Warto było – mój kanadyjski gospodarz stwierdził, że często tu bywa, ale czegoś takiego jeszcze nie widział (nie dochodziłem czy miał na myśli pogodę, czy tego maniaka z aparatem w ręku [uśmiech]). W życiu przeżyłem trzy takie fotograficzne amoki – raz: właśnie w Toronto, dwa: na Górze Grabarce i trzy: we Włoszech, w miejscowości Volterra w Toskanii, gdy wpadłem do warsztatu obróbki alabastru… Wiele takich fot pokazywałem w ramach indywidualnych wystaw, z których najbardziej cenię te w ŁTF.
 /m./: Dolina Baryczy i Stawy Milickie to piękne rejony naszego kraju. Masz szczęście mieszkać w ich pobliżu. Jak ten fakt wykorzystujesz, jak wyglądają wycieczki po okolicy?
/K.L./: W weekendy Ida i ja łączymy fotografowanie z rowerem – prawie zawsze robimy rutynowe jazdy „patrolowe” po dolinie Baryczy, głównie po stawach w kompleksie Stawno i Krośnice. Mamy niezłą kondycję, zwykle jeździmy w terenie 25-40 km, ale trasy ponad 60 km nie są specjalnym wyzwaniem. Rocznie przejeżdżamy między 2.5 a 4 tys. kilometrów. Oboje mamy ten sam problem: praca, rower, bieganie, fotografowanie, które powodują, że nie zawsze jest czas na obróbkę zdjęć [uśmiech]. Ale najważniejsze, że rośnie cyfrowe archiwum. Fotografię przyrodniczą najczęściej realizujemy na Stawach Milickich. Dzięki „społecznikowskiej” postawie do lokalnych aktywności, dostajemy corocznie zezwolenie na fotografowanie na terenie rezerwatu „Stawy Milickie”, co ogromnie cenimy i przydaje się w czasie rykowisk czy zlotów żurawi.
 /m./: Pochodzenie kresowe i rodzinne powiązania z myśliwymi. Jak te rzeczy wpłynęły na Twój dzisiejszy stosunek do osób polujących, głównie dla zabawy.
/K.L./: Jestem „mięsożerny”, bo mam w sobie myśliwską krew po kresowych przodkach. W dzieciństwie nieodłącznie towarzyszyłem mojemu śp. Ojcu w polowaniach, ale nigdy nie lubiłem zabijania i krwi. Uważam fotografowanie dzikich zwierząt za wyzwanie, bez porównania większe, niż polowanie, co daje mi pełną satysfakcję „ bezkrwawego łowcy”. W Miliczu znamy wielu myśliwych, nasze drogi często się krzyżują. Nigdy im nie mówimy, gdzie fotografujemy. Nasze „obiekty” to przyjaciele, których nie zdradza się i nie naraża na „kulkę” czy wiązkę śrutu.
 /m./: Masz naprawdę bardzo dużą szufladę, gdzie chowasz swoje zdjęcia. A szkoda. Czasami pokazujesz te zdjęcia w różnych miejscach, ale rzadko decydujesz się wziąć udział w konkursach. Szczególnie ubolewam, że tak mało Twoich zdjęć w naszych dorocznych konkursach na Fotografa Roku ZPFP. Jak się z tego wytłumaczysz? [uśmiech].
/K.L./: Sukcesów specjalnych nie mam, szczególnie, że jestem otoczony zacnymi kolegami z tak wieloma tytułami. Z drugiej strony, obserwując wyniki wielu konkursów, dochodzę często do wniosku, że albo ja się nie znam na fotografii, albo nic nie rozumiem z tego, co się dzieje w różnych (na szczęście nie zawsze) konkursach. Z tego względu (a także z powodu braku czasu) od pewnego czasu zupełnie nie startuję w konkursach, chyba że na FR w ZPFP, jeśli nie przegapię terminu [uśmiech]. Wystarcza mi radość wspólnego fotografowania w terenie razem z Idką i dzielenia się tymi fotografiami na wystawach czy forach internetowych.
 /m./: I na koniec opowiedz nam o swoim najnowszym projekcie, galerii w młynie, która właśnie została otwarta. Jak to się stało, że wpadłeś na taki pomysł?
/K.L./: "Galeria Młyńska 5" to stary młyn w Wierzchowicach pod Miliczem. Trafiłem na niego zupełnie przypadkiem i była to miłość od pierwszego wejrzenia. Wewnątrz zachowała się wspaniała stolarka w murowanym poniemieckim budynku z 1937 roku, na Ziemiach Zachodnich. Kosztował mnie sporo czasu, emocji i nakładów, ale efekt już jest ciekawy, co mogli stwierdzić moi pierwsi goście z Okręgu Łódzkiego ZPFP (Ania, Rysiek i Michał). Uruchomiłem już stronę na FB (GALERIA MŁYŃSKA 5) i tymczasem będzie ona pełnić funkcję mojej strony www. W galerii już wisi nasza pierwsza wystawa małżeńska, wypełnia się kalendarz wystaw na 2014 i dalsze lata. Myślę, że będzie to zawsze galeria foto-przyrodnicza i będzie współpracować z ZPFP, z portalem FP (http://www.fotografia-przyrodnicza.art.pl/) i www.birdwatching.pl, chyba że zmienimy zainteresowania, co jest jednak mało prawdopodobne. Z ostatniej chwili – dowiedziałem się, że dzięki współpracy z pobliskim schroniskiem młodzieżowym, Galeria w ciągu trzech miesięcy miała już ponad 450 gości. A jednak się kręci [uśmiech].
 /m./: I o to chodzi. Życzymy powodzenia w realizacji tak znamienitego projektu. A wszystkich zapraszamy do obejrzenia bardzo niewielkiego wycinka zdjęć Kazika TUTAJ, które zobrazują nam efekty jego pracy w terenie.
Autorka wywiadu – Renata misia Stadnik
Korekta – Ewa Roślik
Pierwsza publikacja - grudzień 2013
parent menu item not found: "130"