MARCIN NAWROCKI
– rocznik 1976, od 2005 roku członek Okręgu Łódzkiego ZPFP, ale bardzo martwi nas fakt, że nie wiadomo jak długo jeszcze nim będzie... (przyp.red. w lutym 2016 jeszcze jest). Przez lata rozwoju osiągnął taki poziom fotografii przyrodniczej, że można go spokojnie nazwać światowym. Dlatego w dzisiejszym wywiadzie nie będziemy oglądać jego klasycznych i znanych zdjęć, nie będziemy go pytać o najlepsze miejsca do fotografowania oraz jak to było na początku. To wszystko możemy łatwo znaleźć w sieci. Spytamy o rzeczy, o które być może jeszcze nikt Go nie pytał. Dowiemy się, jakiej muzyki słucha w czatowni, czy wyjazd w teren jest dla niego offroadem i jakie znaczenie ma w jego życiu koszykówka. Strona Marcina: http://www.fotolens.pl/
 
/misia/: Dzisiaj chcielibyśmy także zobaczyć Twoje zdjęcia, które uważasz za nieudane, takie, z których nie jesteś zadowolony, takie, których już w większości nie będziesz miał okazji poprawić i nie pokazywałeś światu. Chętnie wysłuchamy od mistrza, na co mamy zwracać uwagę w naszej drodze rozwojowej prowadzącej do idealnej fotografii przyrodniczej. Chcielibyśmy, abyś odkrył przed nami ten fragment swojej tajemnicy. Chętnie też obejrzymy Twoje pierwsze zdjęcia [uśmiech].
/Marcin Nawrocki/: Nieudanych zdjęć nie robię, więc wybacz, ale pokażę zestaw zdjęć udanych [uśmiech]. Mimo tysięcy wykonanych zdjęć, pamiętam te pierwsze, które nie były dobre, tak naprawdę były bardzo kiepskie. Ale stanowiły znakomitą lekcję z fotografii analogowej, która mam wrażenie procentuje teraz. Zestaw, jaki załączam do wywiadu, jest zbiorem moich ostatnich prac. Co do rad, to chyba jest jedna, ta najważniejsza: przebywać w terenie i cieszyć się przyrodą, tak często, jak to tylko możliwe. Chcąc zawrzeć fotografię przyrodniczą w równanie matematyczne, można stwierdzić, że ilość dobrych zdjęć jest wprost proporcjonalna do ilości godzin spędzonych w terenie. Czyli prościej: im częściej wybierasz się na zdjęcia, tym częściej dostaniesz dobre zdjęcie. Wszystkiego innego możemy nauczyć się obserwując przyrodę.
 /m./: Spędzasz dużo czasu poza domem. Czas w samochodzie, terenie czy czatowni zapewne starasz się sobie jakoś umilić. Czy jest możliwe słuchanie dobrej muzyki w terenie? Czy wtedy wsłuchujesz się tylko w odgłosy przyrody? Czy jazda po bezdrożach sprawia Ci przyjemność?
/M.N./: Nigdy nie słuchałem i pewnie nie będę słuchał muzyki w terenie. Bazuję wtedy na odgłosach przyrody. Staram się w tych dźwiękach usłyszeć coś, czego szukam, odnaleźć ten dźwięk, który pomoże mi w wykonaniu dobrego zdjęcia. Muzyki natomiast słucham w samochodzie, robiąc tysiące kilometrów w ciszy, można by było oszaleć. Słucham różnej muzyki, ale najczęściej są to ciężkie brzmienia. Muzyka ta jednak kończy się wraz ze zmianą nawierzchni asfaltowej na bezdroża. Wtedy zaczynam delektować się jazdą w terenie. Mam nadzieję, że w przyszłym roku uda mi się nieco bardziej rozwinąć swoje zainteresowania offroadowe.
 /m./: W jaki sposób wiążesz swoje zainteresowanie koszykówką z fotografią przyrodniczą? Czy stanowi ona tylko dobry trening do utrzymania kondycji przed wyjściem w teren?
/M.N/: Koszykówka to taka gra zespołowa, która od zawsze była mi bliska. Już od szkoły podstawowej grałem i trenowałem. Jak tylko mam czas, to staram się grać. Dobra kondycja to ważna rzecz, szczególnie, kiedy chodzi się po terenie z ciężkim sprzętem. Uwielbiam poruszanie się wśród pół i łąk z samym aparatem i obiektywem, bez statywu, który mnie ogranicza. A to wymaga kondycji i sporej siły, szczególnie w lewej ręce, która służy wtedy za statyw.
 /m./: Bardzo chciałabym się dowiedzieć, jak wspominasz swoje spotkanie ze skandynawskimi misiami. To szczególnie bliskie mojemu sercu zwierzaki, a oglądając Twoje zdjęcia, myślę, że na pewno przytrafiła Ci się jakaś przygoda z nimi związana. Bardzo jestem ciekawa [uśmiech].
/M.N./: Wyprawa na skandynawskie misie była niesamowita i zapamiętam ją do końca życia. Zobaczyć te ssaki z tak bliska jest czymś niebywałym i niesamowitym. Chciałbym tam jeszcze kiedyś wrócić, żeby powtórzyć to spotkanie. Przygoda, jaką pamiętam, wiąże się z niedomkniętymi drzwiami czatowni. W nocy, podczas czatowania, zajrzał przez nie młody miś, zwabiony pewnie zapachem jedzenia, jakie mieliśmy ze sobą. Moment konsternacji… na szczęście po chwili sam się wycofał. Wolę nie myśleć, co by się stało, gdyby zamiast niego w drzwiach pojawiła się głowa jego mamy. Mimo, że miś był młody, w drzwiach czatowni nie wydawał się już taki mały [uśmiech].
 /m./: Na koniec może jednak opowiesz nam, jak to było na początku i jak trafiłeś do naszego okręgu. Czy często się uśmiechasz, oglądając swoje pierwsze przyrodnicze zdjęcia?
/M.N./: Początki były chyba bardzo standardowe. Zakup aparatu, pierwsze wyjście w teren. Kolejne wyjście za dwa tygodnie, potem wyjazdy w teren w każdym tygodniu. Teraz mogę spędzać czas na łonie przyrody praktycznie każdego dnia. Mogę wybierać sobie warunki i czas, kiedy chce iść na zdjęcia. Do okręgu trafiłem wspólnie z Michałem Ludwiczakiem (chyba nawet za jego namową), do dziś pamiętam, jak pokazywałem swoje pierwsze foto-wypociny koleżankom i kolegom z okręgu. A te pierwsze zdjęcia, no cóż, człowiek uczy się na błędach. Aparat analogowy nie wybaczał tylu błędów, co aparat cyfrowy. Teraz wydaje mi się, że wszystko jest łatwiejsze, a i szybciej możemy zobaczyć efekt końcowy naszej pracy.
 /m./: Dziękujemy za wywiad, rady i misie. Zapraszamy do obejrzenia galerii Marcina TUTAJ.
 Autorka wywiadu – Renata misia Stadnik
Korekta – Ewa Roślik
 Pierwsza publikacja - listopad 2013
parent menu item not found: "130"