ANTONI BURACZEWSKI
– rocznik 1942, od 1996 roku, czyli od chwili powstania, członek naszego okręgu i jeden z trzech ‘weteranów’, którzy do dnia dzisiejszego zaszczycają nasze szeregi swoją aktywną obecnością. To bardzo ciekawa postać, z wieloma pasjami, wśród nich największą rolę odgrywają turystyka i fotografowanie. Od najmłodszych lat do chwili obecnej (przyp.red. styczeń 2014) jeździ na nartach oraz uprawia żeglarstwo. Ale to turystyka, głównie górska, zadomowiła się w jego życiu najbardziej, szczególnie ta aktywna, z maksymalnie bliskim kontaktem z przyrodą. Wędrówki górskie, biwakowanie, rower, łódka – to wszystko towarzyszy mu od 12. roku życia, odkąd to żadnych wakacji czy urlopu letniego nie spędził pod stałym dachem. Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Antkiem, z którego dowiemy się o jego życiowej przygodzie z turystyką i fotografią przyrodniczą.
 
/misia/: Musimy zacząć od początków. Jak zaczęła się Twoja fotograficzna pasja, jak się rozwijała i jak trafiłeś do naszego okręgu?
/Antek Buraczewski/: Fotografią zainteresowałem się już w szkole średniej (kółko fotograficzne) i to na tyle mocno, że wybrałem studia techniczne związane z optyką i sprzętem optycznym. W tym kręgu tkwię do dzisiaj, ale głównie nastawiony jestem na aktywną turystykę. Wszystko usiłowałem rejestrować na kliszach fotograficznych, a potem to wywoływałem i robiłem odbitki w prowizorycznie organizowanych ciemniach. A do związku należę od 15 marca 1996 roku. Nie bardzo pamiętam, jak pierwszy raz trafiłem na zebranie naszego okręgu. Zdaje się, że znalazłem gdzieś jakąś informację, skontaktowałem się i dostałem odpowiedź, że w Łodzi powstaje okręg oraz kiedy i gdzie będzie pierwsze spotkanie. Poszedłem do dawnej siedziby Straży Pożarnej na Sienkiewicza i tak to się zaczęło [uśmiech].
/m./: Jak wspominasz czasy analogowe? Przez długi okres miałeś okazję śledzić jak się to wszystko zmienia. Który rodzaj fotografowania bardziej Ci odpowiada?
/A.B./: Czasy „analogowe” wspominam z sentymentem. Filmy wywoływane ręcznie i odbitki robione na szkolnym powiększalniku, albo stykowe, na chlorowych papierach. Pierwszym aparatem był Druh Synchro, potem Belmira Velta z Tessarem i ciemnia w akademiku. Wtedy bardziej odpowiadał mi reportaż z turystycznych wypraw i portretowanie przyjaciół. Wszystko to w czarno-białej tonacji. Potem przyszły czasy ORWO, a następnie coraz to lepszych materiałów, zarówno negatywów jak i odwracalnych. Praca w Wytwórni Filmów Oświatowych i kontakty z pracującymi tam ludźmi spowodowały zainteresowanie filmami przyrodniczymi, ale pozostałem przy fotografowaniu z naciskiem na przyrodę. Filmowanie jakoś mnie nie porwało. Jako zodiakalny Bliźniak lubię zmiany i dlatego odpowiadają mi różne rodzaje fotografii. Nie czuję jedynie fotografii studyjnej z jej niuansami oświetlenia. Nie przepadam też za wielogodzinnymi zasiadkami w czatowniach, a wolę polować „z podchodu”, zmieniając często miejsca postoju. Coraz bardziej skłaniam się w kierunku makrofotografii i fotografowania obiektów mało ruchliwych czy wręcz nieruchomych, bo nie uciekają mi spod obiektywu [uśmiech]. Cyfrowy zapis obrazu daje dużo możliwości w doborze kadru, oświetlenia i kolorystyki. Ale negatyw czasem jeszcze wywołam i zeskanuję.
/m./: Prowadzisz niesamowicie aktywny tryb życia. Wiele osób, zwłaszcza tych dużo młodszych, może Ci tylko tego zazdrościć. Tak sobie zorganizowałeś życie, że nie bawią Cię „ciepłe bambosze i TV”, z pomysłem i pasją spędzasz swój wolny czas na łonie natury. Przez tyle lat na pewno przytrafiła Ci się jakaś przygoda [uśmiech]?
/A.B./: Co do tej niesamowitej aktywności, to chyba przesadzasz. Pozostańmy przy aktywności w miarę możliwości. Przygody trafiają się dość często. Po prostu w czasie wędrówek różnie może się zdarzyć. A to nie ma gdzie biwakować, bo pochyło albo teren podmokły, a to ludzi zbyt dużo, a to deszcz nie daje wyjść z namiotu przez trzy dni, a potem pozom wody tak się podnosi, że strach płynąć dalej. Słowa uznania należą się też mojej żonie, bo przeważnie towarzyszy mi w tych eskapadach i jak na razie jeszcze ma ochotę na dalsze [uśmiech]. Zabłądzić też jest bardzo trudno, bo zawsze się gdzieś dojdzie. Może najbardziej zapamiętałem spotkanie z rysiem - to taki większy kot, ale do tygrysa to mu daleko [uśmiech]. Na Pogórzu Dynowsko – Przemyskim spotkaliśmy się na leśnej ścieżce, gdy przecinał mi drogę w odległości kilku metrów i zatrzymał się zaciekawiony. Przez dobrych kilka długich sekund przyglądaliśmy się sobie. On z ciekawością, ja trochę „przymurowany”. Był pod wiatr, więc mnie nie poczuł. Niestety, nie miałem naszykowanego aparatu i nie zrobiłem zdjęcia. Nie wiem, jakby zareagował, widząc mnie wykonującego jakieś dziwne ruchy i podnoszącego coś do oka i tego nie dowiem się nigdy. Po prostu przyjrzał mi się dobrze i spokojnie poszedł swoją drogą, w jakiś młodnik.
/m/: Nie jesteś typowym ‘ptasiarzem’ ani nie podchodzisz dzikiego zwierza. Fotografia przyrodnicza wydaje się być raczej dopełnieniem Twojej głównej pasji, jaką jest turystyka. Jak nam się z tego wytłumaczysz [uśmiech]?
/A.B./: Sam nie wiem, czy z domu wypędza mnie chęć sfotografowania czegoś ciekawego, czy chęć kontaktu z naturą. Wydaje się, że jedno nakręca drugie. Ale czy to nie wszystko jedno?
/m./: Nie tak dawno miałeś okazję zobaczyć przyrodę Australii. To nie był turystyczny wyjazd, ale na pewno znalazłeś czas, aby zauważyć różnicę pomiędzy polską a australijską naturą. Jak ten wyjazd wspominasz, co udało Ci się zobaczyć i co wspominasz najlepiej?
/A.B./: Nie było turystycznie [przyp.autora: odwiedziny u rodziny] , ale na kilkudniowe wypady udało się wyrwać. Tam, gdzie przebywałem najwięcej, przyroda jest chyba uboższa niż u nas, ale bardzo ciekawa, bo inna. Nawet w dużym mieście można spotkać sporo ciekawostek przyrodniczych. Inne są kwiaty i drzewa, a i z oryginalnymi przedstawicielami fauny można się spotkać w parkach czy innych terenach rekreacyjnych. Miałem „sesję fotograficzną” z kolczatką w podmiejskim buszu. Nie była chętna do współpracy i chowała się w trawie, ale nie wyglądała na specjalnie przestraszoną. Aby ją zatrzymać, trzeba było wyraźnie zastąpić jej drogę. Zmieniała kierunek i starała się wędrować dalej. To tak, jakby w lesie Łagiewnickim spotkać w środku dnia spokojnie wędrującego, mocno przerośniętego jeża. Tylko jeż zwinąłby się w kulkę, a ona najwyżej nastawiała kolce. Z turystyczno – przyrodniczych doznań najbardziej pamiętam tygodniowy pobyt na prawie bezludnym polu biwakowym, 15 km od najbliższego sklepu, z zapasem jedzenia i pitnej wody. Przez większość czasu nie było widać innych ludzi. Przemykali się tylko pojedynczy, jednodniowi turyści. Niestety, pogoda była mocno niestabilna. Wiał silny wiatr, przelatywały niskie chmury i nie było za ciepło. No, ale to tak jest w czasie ich wiosny. Z ciekawostek przyrodniczych, to spotkaliśmy kalie – to takie „pogrzebowe” kwiaty dołączane do wiązanek, spokojnie rosnące nad jeszcze niewyschniętym strumykiem, jak nasze kaczeńce.
/m/: Dziękujemy za wspomnienia i przedstawianie nam swojej osoby. Zapraszamy do obejrzenia cyfrowych zdjęć Antka związanych z jego przygodą z fotografią przyrodniczą TUTAJ.
Autorka wywiadu – Renata misia Stadnik
Korekta – Ewa Roślik
Pierwsza publikacja - styczeń 2014
parent menu item not found: "130"