JOANNA PETERA-ZGANIACZ
– rocznik 1971, od 2005 członkini naszego okręgu, a w latach 2007-10 Prezes Okręgu Łódzkiego ZPFP. Z wykształcenia geograf, z zawodu nauczyciel akademicki na Wydziale Nauk Geograficznych Uniwersytetu Łódzkiego. Od kilku lat mieszka wraz z mężem poza wielkim miastem, do naszej polskiej przyrody jest tam bardzo blisko. Nowy teren i dom w lesie wymagają zagospodarowania, więc ciekawią ją rośliny, ale nie jako obiekty fotograficzne, tylko jako obiekty ogrodnicze, słowem próbuje ogarnąć przestrzeń wokół domu. Poza tym uwielbia przywracać do życia stare meble. Dlatego poza aparatem fotograficznym jej ulubionymi narzędziami są: szlifierka, szpadel, sekator oraz piła ogrodnicza [uśmiech]. Zapraszamy na wywiad z Asią, w którym opowie nam o swoich początkach, zainteresowaniach i fotograficznych powiązaniach z pracą.
 
/misia/: Jak wyglądał Twój pierwszy kontakt z aparatem fotograficznym i w jaki sposób trafiłaś do naszego okręgu?
/Joanna Petera-Zganiacz/: W dzieciństwie próbowano mnie zainteresować fotografią, ale bezskutecznie, bakcyla złapałam dopiero na studiach. Do okręgu trafiłam chyba jesienią 2003 roku przez koleżankę, która miała koleżankę, która należała do związku [uśmiech]. Od razu bardzo mi się spodobało. To były jeszcze czasy fotografii tradycyjnej, na zebrania przynosiliśmy odbitki, nawet 10 x 15 i oglądaliśmy, omawialiśmy itp. Ówczesny prezes [Ryszard Sąsiadek – przyp.red.] prawie zawsze nas za coś ochrzaniał, ale miło wspominam te czasy… Fotografia cyfrowa wiele zmieniła, też w społecznym aspekcie życia okręgu, ale chyba już na nowo dobrze odnajdujemy się w tej rzeczywistości.
/m./: W niedługim czasie, po wcieleniu Cię w poczet członków, zostałaś prezesem naszego okręgu. Jak wspominasz te czasy?
/J.P.-Z./: Wiem, że nie byłam dobrym prezesem. Chyba z trzech przyczyn. Po pierwsze – bardzo lubię fotografię, ale nie jest dla mnie najważniejsza, po drugie – nie nadaję się na kierownika ze względu na cechy osobowe (wtedy jeszcze tego nie wiedziałam), po trzecie – w tym czasie budowaliśmy dom, co angażowało mnie w olbrzymim stopniu. A prezesem zostałam z powodu braku asertywności. Pomimo tego, dobrze wspominam ten okres, bo stanowi integralną część mojego członkostwa w okręgu, które jest wypadkową przyjemności, fotografowania oraz spotykania ciekawych, sympatycznych i wartościowych ludzi, których bardzo cenię.
/m./: Wydaje się, że Twoja praca ma duży wpływ na to, co fotografujesz. Czy to prawda?
/J.P.-Z./: Trudno powiedzieć, czy związek jest bezpośredni. Szczególnie lubię przyrodę nieożywioną. Lubię lite skały, kamienie i piasek. Często robię im zdjęcia. Fascynuje mnie to, jakie wzory i faktury potrafi stworzyć natura. Chyba też „czuję” ten świat. Wiem, przynajmniej w przybliżeniu, skąd się wziął jakiś ładny wzorek na piasku albo na skale, itp. W pewnym sensie można by to porównać do fotografowania ptaków. Dla laika na zdjęciu jest ptak, pięknie sfotografowany, ale po prostu ptak, jednak ci, którzy wiedzą, że ptaszek reprezentuje rzadki gatunek i wiedzą, ile trudu trzeba włożyć, aby go sfotografować, na zdjęcie patrzą zupełnie inaczej. A` propos, bardzo cenię sobie to, że kamienie nie są tak ruchliwe jak ptaszki [uśmiech]. Myślę, że na krajobrazy, które też lubię fotografować, nawet bardziej niż kamienie, patrzę przez pryzmat pracy.
/m./: Dlaczego unikasz wirtualnego życia i komputerowego świata?
/J.P.-Z./: Słowo „unikasz” nie oddaje dokładnie stanu faktycznego. Tak naprawdę nie wystarcza mi czasu na aktywność „w sieci”. W pracy dużo czasu spędzam przy komputerze i kiedy skończę, mój kręgosłup i oczy kategorycznie odmawiają współpracy, grożąc strajkiem generalnym. Takaż sama jest przyczyna tego, że przyjemność z robienia zdjęć kończy się zazwyczaj na rejestracji obrazu, a konieczność przeglądania i obrabiania mnie przytłacza, do tego jestem bardzo niesystematyczna, co pogłębia problem.
/m./: Mówisz, że udało Ci się zrobić zdjęcia życia. Opowiesz nam gdzie i jak do tego doszło?
/J.P-Z./: Nie sądzę, żeby udało mi się jeszcze kiedykolwiek zrobić ciekawsze zdjęcia, jak te przedstawiające lawinę (można je zobaczyć w mojej galerii poniżej), i to na dodatek sfotografowaną przy sprzyjającej pogodzie. Jeszcze w czasach fotografii tradycyjnej pojechałam w Tatry na weekend i zamieszkałam w schronisku nad Morskim Okiem. W niedzielny poranek poszłam na zdjęcia, bo pomyślałam, że pogoda może się szybko zmienić, więc trzeba łapać chwilę. Wyszłam tylko przed schronisko. I nagle nastąpiło głuche tąpnięcie, a po chwili na moich oczach ruszyła lawina. Dobrze, że miałam aparat przygotowany do pracy. Później nastała głucha cisza, stoczyła się lawina, a do mnie dotarł tylko śnieżny pył. Miałam wrażenie, jakbym była w śnieżycy. Można powiedzieć, że lawina trwała 9 klatek. Piękne zjawisko. To było pod koniec lat 90., i po tym doświadczeniu już wiem, że nigdy nie wybiorę się zimą na spacer wokół Morskiego Oka! I wszystkim będę to odradzać.
/m./: No tak, to musiało być niesamowite przeżycie. Można pozazdrościć widoków, które my dzisiaj obejrzymy z bezpiecznego miejsca przed komputerem [uśmiech]. Zapraszamy do obejrzenia także innych zdjęć, które przygotowała dla nas Asia TUTAJ.
 
Autorka wywiadu – Renata misia Stadnik
Korekta – Ewa Roślik
Pierwsza publikacja - luty 2014
parent menu item not found: "130"