MARIAN JAROSIŃSKI
– oficer w stanie spoczynku, były nauczyciel akademicki WAM. Od 2014 roku członek naszego okręgu. Starszy wiekiem, młody duchem, czyni widoczne postępy w świecie fotografii przyrodniczej. Jak sam mówi, zamiast mozolnie studiować meandry teorii, woli jeździć w teren, gdzie nauka przychodzi sama. Przy każdej okazji robi bardzo dużo zdjęć, które potem w zaciszu domowym obrabia, sortuje, wyrzuca do kosza, a i często przez przypadek kasuje [uśmiech]. Z przeszłością myśliwską (lata 70.), obecnie ze skruchą próbuje wymazać ten epizod z życiorysu. W ramach swoistego oczyszczenia i rehabilitacji przez lata pisał wierszyki o tematyce przyrodniczej, gdzie między rymami zamieszczał swoje rozterki, refleksje i przemyślenia. Zapraszamy na rozmowę z kolegą Marianem, aby poznać, jak kształtowała się jego foto-przyrodnicza pasja.
 
/misia/: Fotografowanie zagościło w Twoim życiu od niedawna. Wcześniej przyroda interesowała Cię zupełnie pod innym kątem. Jak do tego dojrzałeś? Co się wydarzyło, że przeszedłeś na „dobrą stronę mocy”? [uśmiech].
/Marian Jarosiński/: Kilka słów wstępu. Całe życie tkwiłem i jestem w przyrodzie. Zaliczyłem dziesiątki przeróżnych wypraw: wędkarskie (także morskie), na grzyby, żeglarskie (Chorwacja, Mazury), narciarskie (Krynica, Słowacja, Alpy), rowerowe (Biebrza, Parki Narodowe, Dolina Mozeli, Renu, także z wykorzystaniem kampera - poldery holenderskie i Prejkestolen w Norwegii). W sumie tysiące kilometrów rocznie. Osobny rozdział mojego życia w przyrodzie stanowiła akwarystyka. Przez ponad dwadzieścia lat zajmowałem się niemal profesjonalnie hodowlą rybek egzotycznych. W moim mieszkaniu, w bloku, znajdowało się około trzydziestu różnej wielkości zbiorników, w sumie prawie 1,5 tony wody. Chcąc wykarmić młody, ledwie widoczny gołym okiem narybek, często przemierzałem duże odległości w terenie, poszukując pokarmu tak drobnego, aby kilkudniowe rybki mogły go zjadać. Setki godzin w przyrodzie (stawy, kanały, rozlewiska), „mielenie wody” siatką z gazy młyńskiej itd. W efekcie dziesiątki tysięcy wyhodowanych rybek, w tym ciekawe i trudne gatunki. Radość i satysfakcja! Jak wynika z powyższego, stałem jednak po „dobrej stronie mocy” [uśmiech]. Nawiązując ściślej do pytania, muszę przyznać, że w tym okresie fotografowałem najczęściej oczami. Moim pierwszym aparatem był AMI, później kilka kieszonkowych kompaktów. Z prawdziwą fotografią przyrodniczą zetknąłem się za sprawą życzliwego kolegi Tomka Janiszewskiego, który pomógł mi nawiązać kontakt z Rysiem Sąsiadkiem. Rysa sprawił, że znalazłem się na ciekawych, otwartych zebraniach związkowych. Tutaj spotkałem grono profesjonalnych ludzi, życzliwość i pomoc koleżeńską, co w efekcie dało mi niezłego „kopa” w dobrym kierunku do fotografii przyrodniczej.
/m./: Fotografowanie przyrody to duże poświęcenie, widać to u Ciebie. Poranne wyjazdy w teren na grubego zwierza czy ptaki, obserwacje terenowe, a potem ciężka praca przed monitorem komputera. Masz pomocników i nauczycieli?
/M.J./: Poświęcenie i problemy tak, ale dopóki nie wyjdzie się z ciepłej pościeli, czyli z domu. Potem już tylko sama radość, choć wysiłek znaczny (np. taszczenie sprzętu do wybranego miejsca). Rekompensatą zaś jest wspaniały pobyt w przyrodzie i jej zaskakujące dary. Przed monitorem to aktualnie już sama przyjemność, tym większa, gdy ma się, co oglądać i obrabiać. Jednak nie było łatwo. Wiele zawdzięczam kolegom z okręgu: Rysiowi, Radkowi, Michałowi i innym. Jednak największym moim nauczycielem stał się Sebastian, który poświęcił wiele czasu na kształtowanie mojej wiedzy, a ściślej niewiedzy teoretycznej [uśmiech]. Jednocześnie przekazywał mi bogate doświadczenia w terenie. To dzięki niemu wykonałem swoje najlepsze zdjęcia, często będąc obok niego.
/m./: Co najbardziej lubisz fotografować w przyrodzie, co Cię najbardziej fascynuje?
/M.J./: Najbardziej cieszą mnie ptaki w locie oraz ptaki wodne. Fascynują także wszelkie, szczególnie bliskie, kontakty z przyrodą ożywioną.
/m./: Jeżdżąc tyle razy w teren, na pewno przeżyłeś jakąś przygodę, coś, co będziesz wspominał do końca życia. Opowiesz nam coś ciekawego?
/M.J./: Najczęściej wspominam rykowisko. Tutaj było najwięcej emocji i niespodzianek. Najpierw nierzadko długie podejście na miejsce w trudnym terenie. Marsz przez podmokłe, gęste i wysokie na 2-3 metry trzciny, często w mroku świtania. Pomagały nieco wąskie ścieżki wytrasowane przez zwierzęta. Z każdym krokiem uwierał i przeszkadzał sprzęt: czatownia, statyw i plecak. Jednak narastające emocje i nadzieja pchały naprzód. Potem godziny wyczekiwania i wytrzeszcz oczu, aby nie przegapić okazji. I wreszcie oczekiwana nagroda od natury. Pojawiające się dźwięki, szelesty, dalekie i bliższe porykiwania. Nagle odgłosy słyszane bliziutko, tuż za krzakami, w których sterczałem, zamaskowany czatownią i siatką. Emocje z siłą wodospadu przenikały i narastały… Ostrożnie zerkam przez szparę okienka czatowni. Jest!!! Poprzez trzciny widzę, coraz wyraźniej, grube tyki poroża jelenia. Nie ma szans na jakiś ruch czy zdjęcie. Piękny… chyba dwunastak!!! Zwierzę rusza głową i ociera się o cienkie drzewka-krzaki. Nagle mocno uderza w nie porożem i… wolniutko idzie dalej. Niesamowite wrażenia. Stałem przejęty i oniemiały. Robiło się coraz ciemniej… Pora się zwijać i wracać. Oby nie zbłądzić, jak to niedawno przydarzyło mi się na mazurskich bagnach. To nie koniec emocji. Dosyć blisko, już w połowie drogi powrotnej, niespodziewanie pada strzał… Poczułem nieco zjeżone włosy i mrówki na plecach…
/m./: Twój tomik wierszy o przyrodzie jest dobrym uzupełnieniem pasji, która ciągnęła Cię od zawsze do natury. Jakbyś opisał swoje zainteresowanie tworzeniem wersów i jaki wierszyk wybierzesz, żeby nam zaprezentować jako część własnej twórczości.
/M.J./: Nieprzebrana chęć opisania, co w duszy gra, wynika z doznań i przeżyć w przyrodzie. Długie oczekiwanie, obserwacja czystej natury, medytacje, otoczenie w zmieniającym się świetle dnia, wprawiają często człowieka w niesamowity nastrój.
„Z i e l o n o g ł o w y”
Był to dzionek pogodny, poranek kwietniowy
Kiedy szedłem w przyrodzie cały zadumany…
Przy bagienku wśród pola stał zielonogłowy
I brylantem swych oczek mierzył czas mijany.
Stałem oniemiały i patrzyłem złakniony
Na przepiękne kolory jego ślubnej sukni.
Na ornament na piersi z rdzy i brązu czerwony
No i zieleń na głowie - dźwięk najlepszej lutni.
Reszta ciała we szronie przedwczesnej siwiźnie
Srebrny pierścień na szyi przydaje godności
Dziób i łapy ze złota- wierność ojcowiźnie
i figlarnie skręcony ogon przysparza radości…
Nagle ptak mnie zobaczył- już ku niebu wzlatuje
Mienią się w słońcu piórka zielonogłowego
Wznosi się coraz wyżej- już, już odlatuje,
Kończy się tak westchnienie poranka pewnego.

Dziękujemy z udzielenie wywiadu i zaprezentowanie nam własnej osoby i pasji, która łączy wszystkich foto-przyrodników. Zapraszamy do galerii Mariana TUTAJ, gdzie zobaczymy, jakie tematy interesują go najbardziej.

Autorka wywiadu – Renata misia Stadnik
Korekta – Ewa Roślik
Pierwsza publikacja – kwiecień 2016
parent menu item not found: "130"