RENATA MISIA STADNIK –
kobieta-instytucja pośród foto-przyrodniczej braci. Trudno sobie wyobrazić nasze okręgowe spotkania, wernisaże czy plenery bez jej obecności i organizacyjnego zaangażowania. Tak samo chętnie spędza czas wśród ciszy leśnego poranka jak i w ogłuszającym  huku startujących samolotów pasażerskich. Lubi stare filmy, kryminały Agaty Christie i w kółko może czytać 12 klasycznych tomów przygód „Pana Samochodzika” Zbigniewa Nienackiego. Businesswoman, miłośniczka radiowej Trójki. Mało brakowało, a zostałaby gwiazdą punk-rocka. Ma tyle zajęć, że jeszcze nigdy nie była na prawdziwych wakacjach. Ale wierzy, że kiedyś spełnią się jej marzenia o leniwym wygrzewaniu się na karaibskich plażach z kieliszkiem curaçao w ręku. Zobaczmy, co opowie nam o swoich najróżniejszych zainteresowaniach.

/Zbigniew Cieśla/: Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka - jak mówi stare przysłowie. To ty zawsze przeprowadzałaś wywiady w naszym gronie, ale teraz przyszedł czas, żeby zobaczyć jak to jest po „drugiej stronie mikrofonu” [uśmiech]. Tradycyjne pytanie na początek wywiadu. Co spowodowało, że zainteresowałaś się fotografią przyrody i w jaki sposób trafiłaś do ZPFP ?
/Renata misia Stadnik/:Dwa razy się wymigałam, ale trzeci raz się nie udało [uśmiech]. A jak to się zaczęło z fotografowaniem przyrody? Około dziesięć lat temu postanowiłam wrócić do starego hobby, jakim była fotografia. Zapisałam się na podstawowy, internetowy kurs fotograficzny, aby uporządkować swoją wiedzę. Tam w przykładach zdjęć pojawiały się fotografie przyrody z portalu: http://www.fotografia-przyrodnicza.art.pl/. Czym prędzej założyłam tam konto i zaczęłam uczestniczyć w życiu grupy. Stamtąd też trafiłam na mój pierwszy plener do Chatki Ornitologa niedaleko Konina, notabene rejon mi bliski, bo w Koninie właśnie kończyłam szkołę podstawową i liceum. I tak się zaczęły pierwsze „znajomości” [uśmiech]. Spędzałam bardzo dużo czasu na oglądaniu zdjęć, czytaniu komentarzy, obserwowaniu, czasami się odezwałam. W końcu sama ruszyłam w teren, co prawda z miernymi skutkami, ale nie zrażałam się nigdy i niczym. W 2007 roku trafiłam po raz pierwszy na Wizje Natury do Izabelina i od razu wiedziałam, że jest to coś, co misie lubią najbardziej [uśmiech]. Musiałam zorganizować sobie powrót do Łodzi, a to spowodowało, że od razu wskazano mi właściwe osoby, które mnie przygarnęły, zaopiekowały się mną i zaprosiły na spotkanie Okręgu Łódzkiego ZPFP. Ponad rok czekałam na przyjęcie, ale w końcu udało się. Od tamtego czasu opuściłam może 2-3 spotkania. Bardzo lubię oglądać zdjęcia, może nawet bardziej oglądać, niż je robić [uśmiech].
/Z.C./: A Twoje zainteresowanie spottingiem? Wydaje się, że to dość odległe pasje, fotografowanie przyrody i samolotów.
/m./:Spotting to jedna z wielu pasji, które są mi bardzo bliskie. Muszę przyznać szczerze, że zaniedbany ostatnio. Generalnie brakuje czasu, bo doszły mi inne obowiązki życiowe, ale jak samoloty, to tylko te pasażerskie. W czasach licealnych zapisałam się nawet na kurs spadochroniarsko-szybowcowy, ale nie ukończyłam go, sama nie wiem dlaczego. Bardzo lubię patrzeć w niebo i obserwować, co się tam dzieje. Samoloty, gwiazdy, Księżyc. Na nasze łódzkie lotnisko jeździłam jeszcze, kiedy nie było nowego terminalu i latały tylko Rayany w starym malowaniu. Potem postanowiłam się zrzeszyć. Jestem członkinią Łódzkiego Stowarzyszenia Miłośników Lotnictwa, EPLL Spotting Team. Samoloty pasażerskie, zwłaszcza te największe, to dla mnie obiekty godne podziwiania i obserwowania, cuda współczesnej techniki i efekty ludzkiego rozwoju. Mało to ma wspólnego z czystą naturą, ale są niewątpliwym produktem naszej cywilizacji. Poza spottingiem interesują mnie także: książki i filmy, zwłaszcza te starsze, najlepiej z czasów PRLu, Forum Miłośników Pana Samochodzika, Z Przygodą na Ty, rękami i nogami bronię się przed Stawkologią [Klub Miłośników Stawki (większej niż życie)]. Od zawsze kocham i słucham tylko jednego radia: programu III PR i nie mam zamiaru zamieniać tej stacji na inną. Odkryłam rower po wielu latach, używam go do transportu miejskiego od marca do grudnia. No i praca charytatywna na rzecz ZPFP [uśmiech].
/Z.C./: Wszędzie cię pełno. Aktywne uczestnictwo w pracach Okręgu Łódzkiego ZPFP, organizacja plenerów i festiwali fotograficznych, spotkania, wernisaże, media społecznościowe. Teraz dojdą do tego obowiązki związane z pracami Zarządu Głównego ZPFP. A przecież jest jeszcze praca zawodowa, kino, książki no i fotograficzne eskapady. Zdradź nam swoją tajemnicę, jak zarządzasz czasem aby to pogodzić?
/m./:Organizacja, logistyka i zrządzanie - to coś, co naprawdę uwielbiam. Życie mnie tego nauczyło, bo nie skończyłam żadnych szkół z tym związanych. Byłam zawsze w komitetach organizujących zjazdy mojej klasy licealnej oraz naszego roku ze studiów. Podstawowe zasady, którymi się kieruję to: nie obrażam się, nie narzekam, nie awanturuję się, nie oglądam TV, szukam kompromisów, lubię wszystkich, trzymam się z dala od polityki i staram się być optymistką. Mam bardzo duży zakres tolerancji. Można? Można [uśmiech]. Książki powoli zamieniam na audiobooki, wtedy mogę robić dwie rzeczy naraz. Kino też da się jakoś przemycić, jak się chce. Moja aktywność, udzielanie się i praca charytatywna wynika chyba z chęci zrekompensowania sobie niepowodzeń w innych dziedzinach życia, że tak powiem oględnie. Prowadzę własną działalność gospodarczą, kto ma, ten wie, że utrzymać się na rynku jest coraz trudniej. Czasami sukcesem jest istnienie. Tak mam, że nie mogę nic nie robić. Z pracoholizmu już się wyleczyłam i może w takim działaniu pozazawodowym i charytatywnym znajduję satysfakcję. Eskapady fotograficzne generalnie już mnie omijają, bo doba ma tylko 24 godziny,  ale staram się jeździć na wszystkie plenery, które akurat są w ofercie. Wolontariat mam we krwi, mój udział w Zarządzie Głównym ZPFP to tak właściwie, tylko legalizacja konkubinatu, który trwa już od kilku lat [uśmiech].
/Z.C./: Zawsze masz na sobie jakiś element stroju w kolorze czerwonym. Powiesz nam coś o tym? No i ten słynny pseudonim, pod którym wszyscy Cię znają - Misia. Skąd się wziął?
/m./:Bardzo lubię kolor czerwony, od zawsze. Ostatnio doszedł pomarańczowy. Nie ma to chyba głębszego podtekstu psychologicznego. Mam rację, panie doktorze? [uśmiech]. A obecny pseudonim jest wynikiem bardzo wielu modyfikacji, które zaczęły się od czasów studiów na UMK w Toruniu. Po raz pierwszy „Misiu” zwrócił się do mnie mój kolega, obecnie już niestety przebywający w krainie wiecznych łowów. Mieliśmy wspólnie założyć zespół punk-rockowy FA RENEE przy Od Nowie w Toruniu. To nic, że się nie miało głosu i aparycji, były dobre chęci, wola działania… i na tym się skończyło. To były piękne czasy [uśmiech]. Pseudonim pozostał, poprzez: Michalina, Misza, Micha, Miśka i ostatecznie misia. BARDZO nie lubię mojego oficjalnego imienia (z dowodu osobistego) i jego wszelkich odmian.
/Z.C./: Bardzo mi utkwiło w pamięci Twoje świetne zdjęcie "Kontrola lotów". Minimalistyczne, wymowne, dowcipne i jednocześnie kwintesencja Twoich fotograficznych zainteresowań, fotografii przyrodniczej i spottingu. A Ty, które ze swoich zdjęć cenisz najbardziej?
/m./:Też bardzo lubię to zdjęcie, bo właśnie łączy moje dwie pasje: samoloty i przyrodę. Powstało w 2011 w Londynie, przy lotnisku Heathrow, największym w Europie i jednym z ogromnych na świecie. To był wyjazd zorganizowany w okresie mojej maksymalnej fascynacji samolotami. Hotel przy lotnisku, 6. rano pobudka, bo wtedy zaczynały latać, i najgorsze było to, że musieliśmy potem zwiedzać Londyn [uśmiech]. To był fantastyczny wyjazd, nigdy go nie zapomnę. Z innych zdjęć, które bardzo cenię i lubię, to te krokusowe. Od kiedy moje dziecko, imieniem Michał, zaczęło uczyć się w Zakopanem, co roku staram się pojechać tam w kwietniu. Nie zawsze się udawało, a te najładniejsze powstały na samym początku, w 2012 roku. Pamiętam, że byłam tam kilka dni i miałam bardzo dużo czasu, mogłam robić to, co chciałam. Szukanie miejsc, fotografowanie, wylegiwanie się na słońcu i super warunki. Czekam czasów, żeby to się powtórzyło [uśmiech].    
/Z.C./: Gdybyś mogła pojechać na swoje wymarzone fotograficzne wakacje, to gdzie spędziłabyś ten czas?
/m./:St.Maarten (Antyle Holenderskie) to raj dla spotterów, jednocześnie na pewno znalazłoby się kilka plenerów foto-przyrodniczych [uśmiech]. Zdecydowanie wolę, jak jest ciepło niż zimno. Prowadząc intensywne życie codzienne, wolałabym mieć spokojne wakacje, typu wylegiwanie się i nicnierobienie. Wyszło lenistwo [uśmiech]. Ale koniecznie z czytaniem książek, słuchaniem audiobooków, oglądaniem filmów… Trzeba przyznać, że nie miałam do tej pory prawdziwych wakacji, tylko wyjazdy weekendowe, ewentualnie tygodniowe. Jak się wszystko dobrze ułoży, to takie prawdziwe czekają mnie już niedługo. Wiara czyni cuda, czyli co dobrego dasz innym, czasami, po latach, się zwróci. Dobro wraca. W to wierzę. Czyli jak będziesz dla kogoś niedobry, to też ktoś za jakiś czas będzie niedobry dla ciebie. Jeżeli pracujesz bez zarobków, to za jakiś czas dostaniesz od losu niespodziankę w postaci np. pięknych wakacji…  
/Z.C./: W takim razie życzę udanego wypoczynku i zapraszam do obejrzenia wspaniałych tatrzańskich krokusów  TUTAJ.
Autor wywiadu: Zbigniew Cieśla
Korekta: Ewa Roślik
Pierwsza publikacja – lipiec 2016
 
 
 
parent menu item not found: "130"